18 28 527 09

biuro@orawa.eu

Slide background
Slide background
Slide background
Slide background
Slide background
Slide background
Slide background
Slide background
Slide background
Slide background

Kwietno Niedziela i zbójeckie skarby

Kwietno Niedziela, czyli Niedziela Palmowa rozpoczyna okres Wielkiego Tygodnia, w którym obok kościelnych uroczystości następowała intensyfikacja ludowych obrzędów i zwyczajów. Większość z nich nie zachowała się do naszych czasów, a jedynie przetrwały pewne ich relikty, na przykład tradycja związana ze święceniem palm. W Kościele katolickim przypominają one triumfalny wjazd Jezusa Chrystusa do Jerozolimy, a samo święcenie zielonych gałązek wprowadzono do liturgii Niedzieli Palmowej w XI stuleciu.

zubrzyca gorna procesja w niedziele palmowa 0011Zubrzyca Górna. Procesja w Niedzielę Palmową; fot. Archiwum M-OPEOrawianie w tym uroczystym dniu przynoszą do kościoła kyćki, kycicki, bazicki, bo tak tutaj nazywa się palmę wielkanocną. Owe kycicki to skromne, ale pełne uroku, wiązki gałązek wierzbowych z pączkami. Nasi antenaci dla ochrony przed nieurodzajem do bukietu kycicek dołączali gałązkę jałowca, którą na wiosnę, podczas pierwszej orki wkładali, już poświęconą, pod pierwszą skibę. Pasterze, juhasi, czy wolorze wykonywali w tym czasie również porwózki, czyli sznury do pasterskiego bicza, którym obwiązywano bazicki i tym samym był on również poświęcony. Przy wypasie, na pastwiskach, polanach czy babiogórskich halach owi pasterze posługiwali się tym właśnie biczami, które miały im zapewnić szczęście i pomyślność. W każdy piątek Wielkiego Postu zapobiegliwy gazda robił jeden krzyżyk z drewna lub gałązek (w sumie 7), które potem umieszczano w wiązce bazicek. Po poświęceniu kycicek 6 krzyżyków wkładano za krokiew w domu dla ochrony przed piorunami, a jeden krzyżyk wraz ze święconymi kycickami dawano do pierwszego siewu. Palma w tradycji chrześcijańskiej symbolizuje zarazem męczeństwo i triumf, mękę i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, a także nieśmiertelność ludzkiej duszy. Procesje z palmami wielkanocnymi przekazują więc głębokie religijne treści i są jednym z ważniejszych elementów uroczystości kościelnych w trakcie Kwietnej Niedzieli.

ryc palmowa tokarniaTokarnia. Fragment procesji w Niedzielę Palmową Z Chrystusem na osiołku rzeźbionym przez Józefa Wronę, około r. 1970. Fot. z T. Chrzanowski, M. Kornecki, "Sztuka Ziemi Krakowskiej", Kraków 1982, s. 677. Jednak w dawniejszych czasach oprócz doniosłej i uroczystej atmosfery przenikała tutaj też nuta hałaśliwej zabawy związanej z pogańskimi, słowiańskimi obrzędami. W kulturze ludowej wielkanocna palma to symbol życia, witalności i budzącej się przyrody, a procesja z nimi wokół kościoła do dziś ma charakter radosny, promieniujący wręcz barwnością i jaskrawością kolorów. Od XV wieku znana była na terenie całej Europy i Polski procesja z drewnianą figurą Jezusa, którą na wózku obwożono wokół kościoła. Często wózek ten prowadziły zacne i znaczące osobistości, a zgromadzony tłum, tak jak niegdyś w Jerozolimie, rzucał pod jego kółka gałązki wierzbowe. Dużo nie trzeba było, aby ta uroczysta i podniosła atmosfera zakłócona została gwarnymi harcami oraz zabawą. Dlatego pod koniec XVIII-go wieku władze kościelne wydały zakaz wożenia figury Jezusa, nastąpił zanik procesji z Jezuskiem Palmowym. Obrzęd wspominamy nie bez przyczyny, bowiem na terenie naszego muzeum znajduje się drewniany kościółek przeniesiony z Tokarni. Wokół tej świątyni, w latach 70-tych XX wieku, gdy jeszcze stał na swoim pierwotnym miejscu, reaktywowano procesję z drewnianą figurą Jezusa. Inspiratorem i pomysłodawcą tego przedsięwzięcia był ówczesny ksiądz proboszcz parafii w Tokarni Jan Mach. Zachęcił on kościelnego Józefa Wronę do wykonania rzeźby figurki Chrystusa siedzącego na osiołku. Wzorem do odtworzenia takiej figury była zabytkowa, XVI-wieczna rzeźba znajdująca się w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie. Procesja z tą figura Jezusa gromadziła co roku nie tylko wiernych z Tokarni i jej okolic, masowo przybywali, ciekawi tej widowiskowej uroczystości, turyści z całego kraju.

zubrzyca gorna procesja w niedziele palmowa 0014Zubrzyca Górna. Procesja w Niedzielę Palmową; fot. Archiwum M-OPENa Orawie istniał też zwyczaj, ale dla odważnych i nielękliwych ludzi, chodzenia w tą uroczystą niedzielę w góry, w poszukiwaniu zbójeckich jaskiń i piwnic. Wierzono, że w trakcie odprawiania mszy św. w kościele, kiedy kapłan zaśpiewa słowa „hosanna”, jaskinie pełne skarbów otworzą się, a kotlik z dukatami i drogocennymi przedmiotami będzie się suszyć po zimie. Byłaby to doskonała okazja do łatwego i szybkiego wzbogacenia się. Jednakże koniecznym warunkiem tego finansowego sukcesu jest umiejętność odnalezienia owych zbójnickich piwnic, których na orawskich groniach nie powinno brakować.

Być może w zubrzyckich lasach pod Babią Górą wciąż jeszcze są takowe, na przykład po zbójniku Janie Kowaliku, którego ciekawą historię przytacza Michal Merkaj w tekście Zbojnictwo na Oravie v 18 storoči. Zbójnik Jan Kowalik z Zubrzycy Górnej działał w pierwszej dekadzie XVIII wieku, najpierw w grupie pod przywództwem słynnego harnasia Baczyńskiego, a później już samodzielnie. Gdzieś około dnia św. Michała w 1732 roku, jeszcze we współpracy z Baczyńskim zaczaili się na pewnego kupca i czyhali na niego na granicy Królestwa Węgierskiego, na Beskidzie. Na owego kupca się nie doczekali, ale obrabowali trzech innych podróżnych. Do grupy zbójeckiej Kowalika należeli między innymi Juraj Lasak, również pochodzący z Zubrzycy, Wojciech Świstak z Osielca, Jakub Treblak i Maciej Dolech Skawicy, Józef Paluszak z Ochotnicy i Wojciech Łazarczyk. Ciekawostką jest, że razem z tą zbójnicką bandą chodziła również żona Jana Kowalika. Razu pewnego, gdy wracali z dalekiej wyprawy, włamali się do domostwa młynarza w Ochotnicy. Podczas plądrowania izb żona kowalika przebrana w męskie odzienie, z gunią zarzuconą na plecy i kapeluszem na głowie wartowała w sieni...

To tylko krótkie fragmenty z życia tego nieznanego orawskiego zbójnika i harnasia. O jego losach i jemu podobnych dowiadujemy się z archiwalnych dokumentów, często spisywanych podczas ciężkich przesłuchań. Intensywne oraz barwne zbójnickie życie niestety często kończyło się przedwcześnie i tragicznie. Czasem jedynym źródłem wiedzy o życiu zbójników są legendy, opowieści o ich czynach, odwadze, a także zbójnickich piwnicach pełnych skarbów.

Marcin Kowalczyk

Piscołka wielkopostna

Nasz kolega, pracownik muzeum i muzyk ludowy Marcin Kowalczyk opowiada o orawskiej piszczałce wielkopostnej i prezentuje grę na instrumencie.

Zapraszamy do oglądania i słuchania.

Pani na Moniakówce

Przekraczając próg dworu Moniaków, wchodzimy najpierw w ciemną, pokrytą sadzą, kurną izbę, a następnie zaglądamy do świetnicy, której drewniane ściany noszą wyraźne ślady uderzeń ciesielskiego topora, aby za moment zawitać w obszernym, jasnym salonie. Kontrast tych pomieszczeń w pewnym sensie odzwierciedla burzliwe losy tego budynku i jego mieszkańców, którzy w tej orawskiej, podbabiogórskiej miejscowości założyli swą rodową siedzibę. Przez stulecia zmagali się, w jakże trudnych, górskich warunkach, z wszelkiego rodzaju przeciwnościami, a przecież losy tej ziemi były często tragiczne, naznaczone historycznymi i gospodarczymi meandrami, zawieruchami dziejowymi oraz wszelkiego rodzaju epidemiami, morami, często też ubóstwem i głodem, walką o przetrwanie. Owa uformowana przez czas faktura belek, wystrój wnętrz, wszelkiego rodzaju sprzęty, narzędzia codziennego użytku, meble – te surowe, chłopskie i bardziej subtelne, dworskie, budują intrygującą atmosferę, a świadomość, że ten prastary kompleks dworski stoi na swoim miejscu od kilku wieków, przenosi nas myślami w te dawne lata.

Stojąc na glinianym klepisku w cornej izbie możemy wyobrazić sobie ostatnią panią dworu Joannę z Lattyáków Wilczkową, jak krząta się po swoich izbach. Ubrana w szeroką suknię z kokardami, z nałożoną chustą - smatką na głowie, z lekko przygarbioną, ale pełną dostojeństwa, godności i dworskiej wykwintności postawą zarządza, wydając swoim pomocnikom drobne polecenia. Johana, bo tak mówili na nią okoliczni mieszkańcy, miała niełatwe życie, które nie szczędziło jej trudnych i dramatycznych doświadczeń.

stara pożółkła fotografia w sepii, widok do pasa, młoda kobieta z jasnymi, ciasno upiętymi włosami w ciemnym stroju spogląda przed siebie, jest zwrócona nieco w swoje lewoJoanna Lattyák,XIX/XX w., fot. Archiwum M-OPEUrodziła się w Zubrzycy Górnej w 1875 roku. Jej mamą była Joanna z Moniaków Lattyákowa, a ojcem Jan Lattyák, prawnik, który pełnił funkcję sędziego okręgowego Królestwa Węgierskiego. Widzimy więc, że ten dwór od początku swego istnienia stanowił ośrodek życia gospodarczego i kulturalnego, nie tylko samej Zubrzycy, ale także całej ówczesnej Orawy. Żanetta, Żanka, tak zwracali się do niej najbliżsi, wyrastała w domu, gdzie rozmowy prowadzone były w kilku językach: węgierskim, niemieckim, słowackim, a także polskim: zapewne w orawskiej gwarze. Ta mozaika językowa, a co za tym idzie obyczajowa odzwierciedlała w pewnym stopniu wielokulturowy charakter tej ziemi. 

Johana straciła dwóch mężów. Pierwszy mąż – Józef Cserepy poległ, tak jak ich sy Józko, na froncie I wojny światowej, zaś drugi – Eugeniusz Wilczek również przedwcześnie zmarł. Wydarzenia te bardzo na nią wpłynęły, zmieniły ją, szczególnie nie mogła pogodzić się ze śmiercią najukochańszego synka Józefa. Od tego czasu rodową siedzibę zamieszkiwała sama. Często odwiedzał ją brat Sándor Lattyák, dyplomowany inżynier leśny, starszy radca leśnictwa Królestwa Węgierskiego, który szczególnie w okresie letnim przyjeżdżał z Budapesztu na wypoczynek.

stara, pożółkła, czarno-biała fotografia: starsza kobieta siedzi na krześle przed drewnianym budynkiem zwrócona w stronę obiektywu, na głowie ma zawiązaną chustkę, jest ubrana w ciemny strój z jasnym fartuchemJoanna z Lattyáków Wilczkowa, lata '30 XX w., fot. Archiwum M-OPEWłaśnie w taki, sierpniowy, ciepły dzień w 1937 roku, razem z bratem podpisują dokument darowizny całego zabytkowego obejścia dla państwa polskiego, co stało się zalążkiem naszego skansenu – instytucji, która obecnie funkcjonuje pod nazwą Muzeum – Orawski Park Etnograficzny w Zubrzycy Górnej.

Do końca swojego życia z wielką troską opiekowała się rodzinnym majątkiem. Zmarła samotnie w moniakowym dworze 19 marca 1951 roku w wieku 76 lat. W marcu 2020 r. mija 69 rocznica jej śmierci. Wspomnijmy zatem tę wiele znaczącą dla kultury Orawy postać, przywołajmy obrazy z przeszłości. Jerzy Modziejowski w książce Orawą…Podhalem…Spiszem… pisał tak: …Bodaj latem 1935 roku wracałem z Babiej przez Krowiarki, a że napadł mnie ulewny deszcz, więc schowałem się pod okap gospodarczych zabudowań „Moniakówki”. Po chwili przedstawiłem się zacnej pani Joannie Wilczkowej, właścicielce dworku; poczęstowany garnkiem gorącego mleka, dowiedziałem się z rozmowy, że razem z bratem Aleksandrem Lattyákiem postanowili jako ostatni przedstawiciele dawnego rodu sołtysiego na Orawie ofiarować całe zabytkowe obejście Państwu Polskiemu.

Każdy odwiedzający do dziś dwór Moniaków i spoglądający na sosręb salonie zauważy napis Non domus, sed hospicjum (łac. ‘Nie dom, lecz gościna’) – ta sentencja jest niezwykłym świadectwem gościnności i otwartości mieszkańców tego domostwa, a szczególnie niech przypomina nam o ostatniej spadkobierczyni – pani Joannie z Lattyáków Wilczkowej.

Marcin Kowalczyk

Śmiertecka

Zwyczaje związane z okresem Wielkiego Postu i Wielkanocy na Orawie dawno już wyszły z użycia. Zachowały się jedynie dalekie echa i relikty tych obrzędów we wspomnieniach starszych ludzi oraz w tekstach i opracowaniach badaczy. W strukturze obrzędów można dostrzec jakby dwa nurty kulturowe, wpływy, mianowicie: świat przedchrześcijański sięgający swymi korzeniami nawet czasów antycznych oraz młodszy, który dotarł na ziemie polskie wraz z chrześcijaństwem. Rozgraniczenie tych dwóch nurtów jest jednak bardzo trudne, a granice miedzy nimi z biegiem czasu się zatarły. Nie jest łatwe także ustalenie, które z tych zjawisk są pochodzenia lokalnego, a które przyszły drogą wpływów i zapożyczeń kulturowych z sąsiednich regionów. Niektóre przypominają charakterem zjawiska znane na całej Słowiańszczyźnie, a nawet krajom np. romańskim.

Szeroko pojęte zwyczaje związane z Wielkim Tygodniem i Wielkanocą miały charakter oczyszczający i zbiegały się z świętami kościelnymi, przy czym w dużej mierze wiązały się także z pierwszym, wiosennym wypędzeniem bydła na pastwisko. Wtedy to stosowano przeróżne środki magiczne mające zapewnić pomyślność wypasu. Nosicielami szczególnej siły magicznej były m. in. woda, ogień, żelazo, jajka, czy... przedmioty w kolorze czerwonym.

Przypominamy więc jeden taki zwyczaj – praktykowany w czwartą niedzielę Wielkiego Postu, nazywaną w liturgii kościelnej Laetare – od słów antyfony na wejście: Laetare, Jerusalem ('raduj się, Jeruzalem'), a na Orawie „białą” lub „śmierzną”. W wielu regionach czas ten kojarzony jest z obrzędem niszczenia, czy topienia kukły, podobizny kobiecej postaci zwanej, w zależności od regionu: „Marzanną”, „Moreną”, „Marmureną” itp.

Na Orawie właśnie w tę niedzielę młode dziewczyny wykonywały lalkę ze słomy i szmat. Przystrajano ją w białą suknię, a z boku przyczepiano jej kosę. Zwyczaj ten nazwano chodzeniem ze śmiertecką, bowiem orszak dziewcząt, także ubranych na biało, z tą kukłą – śmiertecką wędrował po całej wsi, od domu do domu, śpiewając monotonną, jednostajną, charakterystyczną pieśń:

Zapis nutowy, skrzypce, oprac. M. KowalczykZapis nutowy, skrzypce, oprac. M. Kowalczykśmiertecka - słomiana kukła kobiety z głową owiniętą białym materiałem leżąca na wodzieŚmiertecka, fot. Roman Ciok

Sła śmiertecka z miasta

Pon Jezus do miasta.

Dziwcynta jom nieso

O jajecka proso

Zebyście nom dali

A nie załowali

co nom mocie

bo wom kurke oskubiemy,

pod nozecki pościelimy,

bo nom zimno stać.

Dejcie ze nom dejcie,

Jak nie mocie chleba

To nom dejcie bobu,

coby wos śmiertecka

przyjena do grobu.

Jak nie mocie bobu

To dejcie nom chleba,

coby wos śmiertecka

przyjena do nieba.

Jak nie mocie chleba,

to grajcara dejcie,

albo lnu po gorzci

okupcie się śmiyrzci.

Poniżej obszerny fragment do posłuchania - w wykonanu członkiń Małolipnickiej Rodziny Kolpinga z 2019 r.

Wedle zwyczaju w każdym domostwie gazda lub gaździna powinni obdarować gości. Zazwyczaj dawano ja1jka, które dziewczęta zbierały do koszyka – kosołki. Gdy orszak kończył tę swoistą peregrynację ze śmiertecką, kukłę wydzierała grupa rozbawionych chłopców i topiła w rwącym potoku lub rzece. To było symboliczne zwycięstwo życia nad śmiercią, pożegnanie zimy, czasu z krótkim dniem, panowaniem ciemności i różnych demonów. Nadchodząca wiosna była tryumfem życia, Słońca, zmartwychwstania, budzenia się przyrody do nowego życia.

Miejmy nadzieję, że i w tym roku wraz z nadchodzącą wiosną będziemy szczęśliwi, a przede wszystkim zdrowi.

Marcin Kowalczyk

Śmiertecka w skansenie - kiedyś i dziśŚmiertecka w skansenie - kiedyś i dziś, fot. Archiwum M-OPE

 

Orawa w czasach zarazy - pogromcy

Figura Najświętszej Marii Panny Niepokalanego Poczęcia, Chyżne, 1760 r., fot. R.CiokFigura Najświętszej Marii Panny Niepokalanego Poczęcia, Chyżne, 1760 r.

Najnowsze wydarzenia związane z pandemią koronawirusa SARS-CoV2 mimowolnie kierują nasze myśli ku tragicznym wydarzeniom z przeszłości. Pamięć o strasznych pomorach i zarazach, które okrutnie naznaczyły historię ludzkości, co pewien czas odżywa. Sama myśl o takich chorobach jak dżuma, zwana czarną śmiercią lub morowym powietrzem, trąd, ospa, gruźlica czy hiszpanka wzbudza w nas lęk i przerażenie. Ślady tych tragicznych wydarzeń możemy odnaleźć także na Górnej Orawie. Podróżując orawskimi drogami często mijamy echa dawnych dramatycznych wydarzeń, bowiem wśród licznie zachowanych figur kamiennych są również te przypominające czy ostrzegające przed zarazami, jakie nawiedzały w przeszłości orawskie miejscowości. Dzisiaj znowu dają o sobie znać odwieczne lęki. Warto wiec przypomnieć sobie o trzech pogromcach zarazy św. Sebastianie, św. Rochu i św. Rozalii, których wizerunki możemy dostrzec na niektórych cokołach orawskich, kamiennych figur. Dawniej nasi przodkowie właśnie tych świętych prosili o opiekę i ochronę przed zarazą czy nieuleczalną chorobą.

Św. Sebastian był legionistą rzymskim żyjącym za rządów cesarza Dioklecjana. Przyjął chrześcijaństwo, za co został skazany na śmierć. Strzały wypuszczone z łuków rzymskich wojowników zraniły go, lecz nie zabiły. Po wyzdrowieniu nadal został wierny chrześcijaństwu, za co ponownie został skazany na śmierć, którą poniósł w wyniku pobicia kijami. W ikonografii często przedstawia się go właśnie z tkwiącymi w jego ciele strzałami, które symbolizują zarazę. Taki też wizerunek św. Sebastiana znajdujemy na figurze Najświętszej Marii Panny Niepokalanego Poczęcia w Chyżnem z 1760 r.

Relief na figurze NMP z Chyżnego - od lewej: św. Sebastian, św. Rozalia i św. Roch, fot. Archiwum M-OPERelief na figurze NMP z Chyżnego - od lewej: św. Sebastian, św. Rozalia i św. Roch, fot. Archiwum M-OPEOdnajdziemy na niej również podobiznę następnego z pogromców zarazyśw. Rocha patrona zadżumionych i pielgrzymów. Żył on w XIV wieku i jako młody chłopak pozbył się swojego majątku, poświęcając życie ubogim, chorym czy potrzebującym. Z rodzinnego miasteczka Montpellier położonego na południu Francji udał się do Włoch, w których panowała zaraza. Tam, między innymi w Rzymie, miał dokonywać licznych cudownych uzdrowień. Wracając do rodzinnej Francji ukrył się w lesie, ażeby nie narazić innych na zarażenie chorobą. Według tradycji przetrwał w odosobnieniu dzięki psu przynoszącemu mu pożywienie. W końcu wyruszył w dalszą podróż, lecz w jej trakcie został posądzony o szpiegostwo i wtrącony do więzienia, gdzie zmarł. Ukazywano go w stroju pielgrzyma, często ze stojącym lub leżącym obok wiernym psem.

Ogromną popularnością cieszyła się na dawnej Orawie św. Rozalia – patronka przynosząca ratunek w czasie szerzenia się chorób zakaźnych. Według inwentaryzacji figur kamiennych przeprowadzonej przez profesora Tadeusza Trajdosa po polskiej stronie znajduje się pięć reliefów z jej podobiznami. Św. Rozalia żyła w XII wieku, była księżniczką pochodzącą z normańskiej Sycylii i zamiast dostatku wybrała pustelnicze życie. Według tradycji i legendy w 1624 roku podczas szalejącej zarazy w Palermo św. Rozalia objawiła się pewnej kobiecie, wskazując jej jamę skalną, w której spoczywały doczesne szczątki świętej. Procesja z relikwiami św. Rozalii po mieście zahamowała epidemię. Po tym wydarzeniu papież Urban VIII przeprowadził jej kanonizację, a jezuici rozpropagowali jej kult w całej katolickiej Europie. Świętą przedstawiano zazwyczaj w grocie lub na łące albo podczas snu na skalnym łożu, a jej atrybutami są: wieniec z białych róż na głowie, krzyż i czaszka.Św. Rozalia - płaskorzeźba, cokół figury św. Jana Nepomucena, Jabłonka, 1752 r., fot. R. CiokŚw. Rozalia - płaskorzeźba, cokół figury św. Jana Nepomucena, Jabłonka, 1752 r., fot. R. Ciok

Trudne doświadczenia nie omijały Orawy. Pozostawiły po sobie, oprócz historycznych relacji i świadectw, trwałe pomniki w postaci kamiennych figur, które nasi przodkowie fundowali w podzięce albo w błagalnej prośbie. Miejmy nadzieję, że ten niełatwy czas, kiedy nasze społeczeństwo po raz kolejny staje w obliczu nagłej i niespodziewanej zarazy, skłoni nas do refleksji i zadumy i, ufając w dokonania współczesnej medycyny, ludzki rozsądek i odpowiedzialność, będzie dla nas łaskawy.

Zakończmy słowami profesora Andrzeja Szczeklika, który w swojej książce Katharsis wydanej w 2009 roku pisał tak:

Trwają przygotowania następnej pandemii grypy. Od ostatniej, która pochłonęła pół miliona istnień ludzkich minęło z górą ćwierć wieku. Glob ziemski pokryła sieć krajowych laboratoriów.[…] Główną trudność stwarza szybka, masowa produkcja szczepionek. Aktualnie od rozpoznania nowego, wirulentnego szczepu do wytworzenia szczepionki mija pół roku – czas bardzo długi, jeśli mierzyć go miarą pandemii. Czynione są ogromne wysiłki, by czas ten skrócić, by wytworzyć szybciej szczepionkę przeciw Chimerze, gdy nadciągnie.

Wspomnieć również trzeba o książce prof. dr hab. Tadeusza Mikołaja Trajdosa pt. Przydrożne i cmentarne figury kamienne na Orawie w granicach Polski wydanej po raz pierwszy przez Muzeum – Orawski Park Etnograficzny w Zubrzycy Górnej, która była inspiracją i pomocą w opracowaniu tego tekstu. Jest to dzieło wyjątkowe, monumentalne, w którym autor ukazuje nam w sposób naukowy, a zarazem wielce interesujący i ciekawy, część orawskiej historii. Jest to właściwie barwna opowieść o 102 zabytkowych figurach kamiennych, o ich fundatorach, o znaczeniu przedstawień ikonograficznych, o kontekście, często tragicznym i dramatycznym, ich powstania. Jednocześnie pozycja ta uświadamia nam, że te, pozornie nieme pomniki przeszłości, mogą nam wiele opowiedzieć, a tym samym są niejako łącznikiem miedzy światem współczesnym, a przeszłością. Warto, nie tylko w takich okolicznościach, zaglądać do tego cennego wydawnictwa.

Marcin Kowalczyk